STOWARZYSZENIE EKOLOGICZNO- KULTURALNE "PAKLA" - Legenda o Pakli
   
  Strona główna
  O nas
  => Legenda o Pakli
  => Misja
  Statut
  Prawo
  Kontakt
  Spotkania Pakli
  Prasa o nas
  Ankiety
  Galeria
  Współpraca
  Akcje
  Podziękowania
  Adopcje

 

 

Dwie rzeki

   Od dawien dawna toczyły się spory o zachodnie granice naszego kraju. Przez wieki całe Polacy byli nękani najazdami germańskiego sąsiada. Oto pradawna opowieść o niezwykłych strażniczkach tej ziemi.

   Dawne to były czasy. Na ziemi Polan, pośród dębowego boru stał posąg Światowida (bóstwa słowiańskiego o czterech twarzach). U jego stóp przez noc i dzień płonął święty ogień. Opiekowały się nim kapłanki. Jedna nazywała się Pakla, druga Obra.

  Pakla radami służyła kobietom. Sporządzała leki z ziół, opatrywała rany. Obra łowiła ryby, ostrzegała przed niebezpieczeństwem, rozsądzała spory.

  Tego roku ciepła jesień zapowiadała długą i srogą zimę. Do osady dobiegało echo grania rogów, dolatywał psi jazgot. Witeź, pan tych osad i puszczy, uganiał się za zwierzyną. Gliniane piwnice czekały na suszone mięso dzika, na topione sadło niedźwiedzie, na skóry rysie.

  Jeleń wyskoczył prawie spod kopyta konia. Sadząc susami podnosił łeb, jego rogi kładły się prawie na szerokim grzbiecie. Jeleń  kluczył po wykrotach (dół po drzewie wyrwanym z korzeniami), uskakiwał w bok. Witeź mierzył z łuku pod serce, ale strzały spływały po twardej skórze. Wkrótce kołczan (futerał na strzały do łuku) był pusty. Jeleń zaś wpadł w gęsty zagajnik.

  Witeź czekał chwilę, a potem zawrócił konia, puścił wodze. Przez jakiś czas jeździec i koń jakby zapadli w drzemkę. I wtedy ucichły rogi, umilkły psy. Na drzewach wesoło świergotały ptaki, o pień stukał dzięcioł. Niespodziewanie koń wszedł na uroczysko (tajemnicze, odludne miejsce). Witeź zsiadł, zrzucił z siebie futrzany kubrak i zaczął nim rozcierać boki konia. Koń drżał teraz z zimna. Przez posągiem Światowida po kamieniach snuł się wątły dym. Ognisko przygasło. Witeź rozejrzał się dookoła, kapłanek nie było. Jeździec zza pasa wyciągnął topór. Suche gałęzie drzew z trzaskiem padały na ziemię, ognisko buchnęło iskrami. Trzy twarze Światowida grzały się teraz w ogniu, na czwartą padał cień.





   Koń nagle podniósł łeb, rozdął nozdrza, zastygł uszami i głośno zarżał. Witeź odwrócił się. Zza drzew na polanę wychodzili nie znani tutaj ludzie. Na głowach mieli hełmy z rogami zwierząt. Odziani byli w skóry, w rękach dźwigali ciężkie tarcze. Puszczą wstrząsnął krzyk wydobywający się z zachrypniętych gardeł. Koń wspiął się na tyle nogami, przednie uniósł wysoko, jakby za chwilę miał runął i kopytami zmiażdżyć germańskich napastników. Miecze na chwilę znieruchomiały w ich dłoniach. A Witeziowi wydało się, że koń przeleci ponad otaczającym go pierścieniem zbrojnych. Ale krzyk wzmógł się, miecze były coraz bliżej i koń przysiadł na zadzie. Witeź dopadł konia, poczuł pod sobą drgające mięśnie i uniósł topór. Odwrotu nie było, za plecami zagradzał drogę olbrzymi posąg Światowida.

  Witeź rąbał na wszystkie strony. Z jękiem „Herr Gott” (niem. Boże) osuwała się coraz to jakaś postać. Pot spływał po twarzy Witezia. Z boków konia spadały płaty piany. Jeździec i koń razem tracili siły. Dęby, posąg, napastnicy, wszystko Witeziowi zaczęło wirować w oczach. Pojął, że takiej sile nie podoła.

- Wielki Światowidzie!

  Gardło Witezia nabrzmiałe było z wysiłku. Chciał zawołać raz jeszcze, ale z ust dobył się tylko szept.

- Wielki Światowidzie… - i topór wysunął się z dłoni Witezia.

  Nagle płomień jak powój owinął drewniany posag. Dym przesłonił niebo. Jeździec i koń znaleźli się w ogromnym pierścieniu z ognia. Poza nim rozlegały się okrzyki przerażenia. To germańscy napastnicy cofali się, odstępowali. Koń Witezia zbliżał się do płomienia i odskakiwał porażony żarem. Witeź jedną ręką trzymał uzda, drugą zakrywał oczy; nozdrza i gardło miał pełne dymu, krztusił się. Nagle usłyszał szum, jakby szła ulewa. Powiał wiatr, spomiędzy ognia, popiołu i dymu trysnęła woda. Z sykiem gasły rozżarzone głownie. Woda spływała w dół, ramionami obejmowała uroczysko. Ogień przygasł.

- Witeziu, w tym miejscu zbudujesz ogródek. – Głos wydobywał się z wody, która płynęła po prawej ręce Witezia. Był to głos Pakli. – Kraj twój często będzie nękany przez wroga. Władca całego kraju Polan tu musi mieć strażnicę. Ty będziesz jej pierwszym obrońcą.

- Witeziu – usłyszał drugi głos, który wydobywał się z wody płynącej po jego lewej ręce. Był to głos Obry. – Nasza służba u Światowida się kończy. Tak, jak kończy się jego władanie tym krajem.

- Gdzie jesteście? – zapytał Witeź.

- Jesteśmy rzekami – powiedziała Pakla.

- Wyrzekłyśmy się swoich ludzkich postaci, aby uratować ci życie. Germański najeźdźca często będzie szedł tędy, wtedy my przyjedziemy wam z pomocą – tak mówiła Obra.

  Nazajutrz zastukały topory. Zapachniało ściętym drzewem, rozsnuły się żywicze dymy. Przez kładki ludzie dźwigali na barach bierwiona (pnie) dębów, sosen, buków. W trudzie, w wietrze, w deszczu, w słońcu powstawał ogródek. Nazwano go Międzyrzeczem.

  Czas zapomniał o dzielnym Witeziu, nawet legenda nie przechowała jego imienia. Zapomniano też o Światowidzie. Tylko kapłanki – Pakla i Obra – w nazwach rzek, nad którymi leży Międzyrzecz, pozostawiły swoje imiona.

Izabella Koniusz

 

   

=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=